tanie opony |Belamy meble dziecięce |Akcesoria łazienkowe
„— Czy pan kapitan Wieczorkiewicz — zapytał Leon cokolwiek przejęty wyglądem gabinetu.
— Aa, oczywiście, oczyw... Pan Leon Wachi... nieprawdaż Czekałem na pana, nie dziś, to dnia jutrzej... Naturalnie, jak to już było zaznaczone, membrana deformowała głos kapitana, gdy przedwczoraj rozmawiał przez telefon, o takiej niestosownie wczesnej godzinie, z na pól obudzonym Leonem. Nie można było wtedy poznać, czy to tenor, czy bas, itp. Ale zdania kapitańskie bynajmniej nie były wówczas urywane w środku, przeciwnie, cedził każde słówko. Teraz zaś, a zwłaszcza na początku rozmowy, która się wywiązała, Wieczorkiewicz dosłownie co chwila połykał końcówkę zdania, pozostawiał ją wiszącą w powietrzu. Nie, stanowczo nie przypominało to dawniejszego rozmówcę telefonicznego, mającego wówczas co prawda skłonność nagle milknąć, nawet mało uprzejmego, lecz mówiącego tak, że było wiadomo, o co szło. A teraz nic, nie można było zrozumieć, albo bardzo mało. Przez chwilę Leon nawet zwątpił, czy był to ten sam Wieczorkiewicz. Coś jak gdyby się nie zgadzało. Ale o tym potem, bo potem — to się samo uwypukli.
Był on w istocie barczysty i ostrzyżony na jeża; zdawało się, że głowa jego to puszysta jasnobrązowa szczotka. Czy miał jednak krótkie nogi — jak zaznaczał złotnik — o tym trudno było sądzić, bo przysłaniało je biurko. Miał bardzo blade, prawie białe ręce, całe pokryte piegami wielkości groszku, a nawet większymi; ręce wydłużone, skądinąd pianistyczne, aczkolwiek tymi piegami zeszpecone i przeto trochę odpychające. Ale twarz Leon, którego wzrokowa pamięć zasadniczo nie szwankowała, mógł przysiąc, że nigdy nie widział takich charakterystycznych bruzd. Biegły od nozdrzy ku wargom i, głębokie i czerniejące, kończyły się na podbródku. Było w nich coś umęczonego, cierpiącego. Mówią, że podobne bruzdy charakteryzują zawsze lubieżników, że są śladami zbyt wyuzdanych cielesnych ekstaz. W rozkoszy jest źdźbło cierpienia, a cóż dopiero, jeżeli się rozkosz przedawkuje. Gdyby nie te bruzdy, byłaby to poza tym zwykła sobie, wygolona urzędnicza twarz o matowych piwnych oczach zupełnie bez duszy. Lub jeżeli istniała w nich dusza, to dusza na wskroś urzędnicza.“(3)
gadżety reklamowe |rozpylacze i wstryskiwacze |koszule
„— Czy pan kapitan Wieczorkiewicz — zapytał Leon cokolwiek przejęty wyglądem gabinetu.
— Aa, oczywiście, oczyw... Pan Leon Wachi... nieprawdaż Czekałem na pana, nie dziś, to dnia jutrzej... Naturalnie, jak to już było zaznaczone, membrana deformowała głos kapitana, gdy przedwczoraj rozmawiał przez telefon, o takiej niestosownie wczesnej godzinie, z na pól obudzonym Leonem. Nie można było wtedy poznać, czy to tenor, czy bas, itp. Ale zdania kapitańskie bynajmniej nie były wówczas urywane w środku, przeciwnie, cedził każde słówko. Teraz zaś, a zwłaszcza na początku rozmowy, która się wywiązała, Wieczorkiewicz dosłownie co chwila połykał końcówkę zdania, pozostawiał ją wiszącą w powietrzu. Nie, stanowczo nie przypominało to dawniejszego rozmówcę telefonicznego, mającego wówczas co prawda skłonność nagle milknąć, nawet mało uprzejmego, lecz mówiącego tak, że było wiadomo, o co szło. A teraz nic, nie można było zrozumieć, albo bardzo mało. Przez chwilę Leon nawet zwątpił, czy był to ten sam Wieczorkiewicz. Coś jak gdyby się nie zgadzało. Ale o tym potem, bo potem — to się samo uwypukli.
Był on w istocie barczysty i ostrzyżony na jeża; zdawało się, że głowa jego to puszysta jasnobrązowa szczotka. Czy miał jednak krótkie nogi — jak zaznaczał złotnik — o tym trudno było sądzić, bo przysłaniało je biurko. Miał bardzo blade, prawie białe ręce, całe pokryte piegami wielkości groszku, a nawet większymi; ręce wydłużone, skądinąd pianistyczne, aczkolwiek tymi piegami zeszpecone i przeto trochę odpychające. Ale twarz Leon, którego wzrokowa pamięć zasadniczo nie szwankowała, mógł przysiąc, że nigdy nie widział takich charakterystycznych bruzd. Biegły od nozdrzy ku wargom i, głębokie i czerniejące, kończyły się na podbródku. Było w nich coś umęczonego, cierpiącego. Mówią, że podobne bruzdy charakteryzują zawsze lubieżników, że są śladami zbyt wyuzdanych cielesnych ekstaz. W rozkoszy jest źdźbło cierpienia, a cóż dopiero, jeżeli się rozkosz przedawkuje. Gdyby nie te bruzdy, byłaby to poza tym zwykła sobie, wygolona urzędnicza twarz o matowych piwnych oczach zupełnie bez duszy. Lub jeżeli istniała w nich dusza, to dusza na wskroś urzędnicza.“(3)
<<<< Dowódca dotrzymał obietnicy
| krynne zaburzenia okresu >>>>
gadżety reklamowe |rozpylacze i wstryskiwacze |koszule